|
|
piątek, 18 września 2009
rogi i skrzydła
Rozproszyłam się na najdrobniejsze kawałki.
Rogi i skrzydła pojawiły się w tym samym czasie. Nie wiem które zaczęły pierwsze rosnąć, ale tak się stało, ze czuję jak się wybijają – zarówno jedne jak i drugie. Biała gorączka. Po części z zimna, po części z radości. Czuję przenikające zimno i nic dookoła mnie nie interesuje. Popadam w skrajności a myśli przebiega naraz więcej, niż jestem w stanie policzyć je na palcach u jednej stopy.
Nawywijałam. Rzecz jasna, oczywista i do mnie podobna, ale trzeba było kiedyś wyjąć głowę z kokonu niejasności. Fakt faktem, że do kolejnej uwiłki się wpakowałam, wprawdzie w swoich butach, ale jak zawsze jestem gościem.
Tym razem oślepiające światło nie daje mi przełknąć ani odrobiny snu. Pomimo że umysł od rzeczy niejasne fakty próbuje wyłapać ja nadal czyham by złapać rozsądek.
Do zakamarków pamięci nie odwoływać się postanowiłam, ani w przyszłość za daleko głowy nie wysuwać. Po prostu być i sączyć z powietrza najcieplejszą wilgoć.

Tak, sama się tego nauczyłam i tego trzymać się będę.
środa, 16 września 2009
BLOGa ciąg dalszy....
Po długiej przerwie, spowodowanej wszakże obawą o pisanie do pustki okazało się, że jestem w błędzie, co przecież (ci co mnie znają wiedzą dokonale) nieczęsto mi się zdarza.
Dziś jestem w Berlinie, podobnie jak wczoraj i jutro. W Berlinie u Dany i Aleksa, gdzie pomimo zmiany aranzacji, udało nam sie przenieśc to samo cieplo jakim się dzielimy będąc przyjaciolmi przeciez juz od paru lat. Plan jest taki, by wrocic na Sycylię i tam grywac koncerty. Ciekawe w jakim stopniu uda mi sie zostac gwiazda. Czy bedzie to gwiazdorstwo lokalne, wyspiarskie, krajowe czy miedzynarodowe - zalezy od tego, jak bardzo bedzie mi sie chcialo grac, bo przeciez wiadomym jest, ze zawze osiagam to, co zaplanuje. Na razie gwiazdortwa nie planowalam, wiec jesli przyjdzie, zastanowie sie czy je przyjme.
Poki co, zyje mysla wyjazdu do Peru. Przyjemnosc ta ma mnie spotkac w czerwcu, ale do tego czasu jeszcze wiele rzeczy sie wydarzy, o ktorych nie bede pisac, by nie wydac akcji mojej blogonoweli.
W Berlinie na Flughafenstrase einz und zwenzig od godziny juz trwa przesłuchanie. W pokoju zebralo sie 10 oob i kazdy po kolei spowiada sie ze swojej daty urodzenia, pochodzenia i innych przewinien. Ja siedze za plecami i udaje protokoliste. Nie ma policji, sa tylko studenci. Przy dzwiekach stawianych, uderzajacych o siebie szklanek,rozbrzmiewaja jezyki kolorowe, glosy damskie i meskie, niskie i wysokie. W rogu siedzi ten, kto sie usmiecha najczesciej w moim kierunku.Fotograf,przyjaciel moich przyjaciol, godny odwzajemnienia udmiechu.
piątek, 08 maja 2009
Italia Nord
Po tak długim czasie nieobecności wypadałoby wytłumaczyć się. Zobaczmy, czy podołam. Otóż koniec kwietnia zabrał mnie do Romy, gdzie podczas treningu wraz z cudownymi wolontariuszami z całej Europy wypełnialiśmy nasze wieczory tak, jak powinno się je wypełniać. Za dnia wówczas byliśmy zajęci i zmaltretowani zajęciami z włoskiego i innymi wysiłkowymi, ale rozwijającymi.
W międzyczasie ze Strasburga dotarła Noura, którą przemyciłam na kilka noclegów w naszym hostelu. Została jednym z nieoficjalnych wolontariuszy. Drugim takim wynalazkiem był Piotr, który nadjechał z Polski w dzień zakończenia treningu i dał się poznać wolontariuszom z jak najlepszej strony. Toteż wraz z Norą i Piotrem zostaliśmy goszczeni najpierw przez Isę w Rzymie, później Perugia (do której jeszcze wrócę) i dwudniowe Firenze u Elif. Potem Piotr odjechał. Rzym zatłoczony i niegościnny. Nie pozwolił usiąść sobie nawet na schodach czy wypić kulturalnie piwo w parku. Przeganiani byliśmy wówczas przez Karabinierów rzetelnie pilnujących porządku. Oprócz suszącego ręce Papieża widziałam Coloseum z oddali, Fontannę di Trevi i Plac Hiszpański. Poza tym wszystko raczej w biegu – o pierwszej w nocy brama hotelowa była zamykana, a o ósmej rano musieliśmy już stawić się na stołówce, tak więc przez mgłę pamiętam i wspominam Rzym. Na szczęście nie na Rzymie świat się skończył. Bez żadnych planów, ze śpiworami i garstką majtek postanowiliśmy pojechać do Perugii. W malusieńkim domu Laury (SP) zagościliśmy na dłużej, aniżeli planowaliśmy, bowiem było przezabawnie! Codziennie wspinaliśmy się a to pieszo, a to autobusem do centrum, by odegrać nasze hity: Bella ciao i Sex on fire. Nie wiedzieć skąd natychmiast pojawiali się kolejni muzycy, którzy dorzucali coś ze swojego repertuaru. Tak też kładliśmy się spać, gdy kury się budziły i wstawaliśmy, gdy kładły się spać. Gdy dziewczyny były w pracy, Noura zajmowała się gotowaniem a ja ćwiczyłam kolejne piosenki. Było nas pięć dziewczyn i jeden Piotr – rachunek nierówny. Orzeszek jednak wybył po kilku dniach, nie dlatego, że nie mógł nas znieść, przeciwnie – ze łzami w oczach wsiadł się do pociągu, który nam go zabrał. Z Nourą planowałyśmy zagnieździć się w innym mieście, ale nie było mocnych. Dwa dni Firenze, przepiękne miasto sztuki, w którym też turyści zakorkowali ulice. Przechadzaliśmy się wężykiem jak się dało, by zobaczyć co się da. Pogoda była psotna, ale znośna. Miasto Juliusza Cezara odbijało się na bruku. Nieplanowanie wróciłyśmy do Perugii, by kontynuować nasze koncerty uliczne. Jednego wieczoru udało mi się nawet grać w irlandzkim barze. Ceren akompaniowała grając na moim żółtym grzebyku przepasanym urywkiem foliówki, Laura z Norą wybijały rytm słomką na butelkach, Leila zaś przysypiała na stole. Już więcej nie pisze o podróży, bo wróciłam i pojawiły się nowe problemy. Znów egzystencjalne, tym razem nie moje – egzystencja Dupy. Po powrocie do domu Agne zadzwoniła mówiąc, że źle z okiem Dupy, że nie może go otworzyć. Po przemywaniach rumiankiem miało być lepiej. Niewiele jednak pomogło. Dupa straciła na wadze i stała się anemiczna, nie chciała wychodzić na dwór. W dzień mojego powrotu ożywiła się nieco, jednak oko ciągle nie w formie a i sama Dupa strasznie wychudzona. Widać było, że nie mogła znaleźć miejsca. Uciekła do cienia, przemieszczała się spokojnie. Nazbyt jak na Dupę. Dziś nie ma jej cały dzień. Wszyscy się martwią, bowiem w kurniku zagnieździły się myszy i ktoś musi je wypędzić. Życie… Dzieciaki w organizacji stwierdziły, że wyglądam jak chłopak w nowej otoczce jasnego puchu. Niech im będzie! OK, to na tyle, teraz idę trochę pokopać piłę!
czwartek, 09 kwietnia 2009
buty
I tak już dwa miesiące minęły odkąd jestem Robinsonem Crusoe i żyję na swojej wyspie. Jak to zwykle bywa - po burzy wyszło słońce. Mojego szefa zajęły inne obowiązki i odczepił się ode mnie, współlokatorka zaczęła spotykać się z chłopakami i do domu wraca weselsza. Ja kupiłam nowe buty, które przyprawiaja mnie o smutek. Wybór nowego obuwia zawsze przychodzi mi z największym trudem. Moja szafa bowiem nie ugina się pod natłokiem sznurówek, które przepasają swoich właścicieli. Nie, nie. Trzy pary wystarczą – zima, lato i wiosenno-jesienne; zmieniane co kilka lat, gdy jest to koniecznością. Zatem przyszedł czas na zakupy i tymczasowe samounieszczęśliwienie. Buty bowiem stanowią o moim wstępnym samopoczuciu. Kiedy je zmieniam nie mogę dopasować się do siebie do momentu, kiedy nie dopasują się idealnie do stopy. Są niesamowicie ważne – dla obieżyświata oczywista! Są też najważniejszym elementem stroju - mówi się, że po butach rozpoznasz człowieka. Zmiana pogody zmusiła mnie do rozpoczęcia poszukiwań. Trwały one kilkanaście nieciągłych dni, kilkanaście chwil zawrotu głowy – od kolorów i cen do pełnych fashion sklepów. Spodziewając się nagłego, z zakupem butów związanego, kryzysu osobowości przeciągałam moment decyzji. Oddając się jak co dzień lekturze, na stronach sekretnego życia wspaniałego Salvadora Daliego znalazłam słowa: But to przedmiot najbardziej obarczony właściwościami realistycznymi i kontrastuje przez to z instrumentami muzycznymi, które zawsze malowałem połamane albo miękkie. Drogi Salvadorze. Dałeś mi zabawkę. Popolemizujemy sobie troszkę. But jest realny jedynie pod tym względem, że istnieje, ma formę, kształt. Tak samo jest wszakże z instrumentem! Zatem but nie kontrastuje z instrumentem muzycznym. Szaleńcze! Czy też but nie wydaje dźwięków? Kiedy stara podeszwa skrzeczy, kiedy niewiasta pomyka przytakując obcasami? Czy maszerując nasze buty nie stanowią instrumentu wybijającego melodię na dwa? Pisząc te myśli siedziałeś boso, a Twoje stopy wisiały w powietrzu odbijając się równie rytmicznie o murek. Nic dziwnego zatem, że zbłądziłeś. Nawet Salvador mógł nie mieć zgodnego zdania z moim. Kawa też się ze mną nie zgadza. Sądzę, że mamy dość dziwne układy. Żaden inny napój tak regularnie nie wylewa mi się niosący, jak kawa. Czy jest to pół szklanki czy pełna, zawsze uroni się parę kropli na serwetę, podłogę, pantalony. By to licho! W niedzielę widziałam tańczące Senegalki – przepięknie przyozdobione, umalowane, wyzłocone. W przeciwieństwie do chudości, jaką preferuje się krajach europejskich, Senegalki były tym piękniejszy czym większe! Sunąc od wejścia do krzesła wyglądały jak piękne kolorowe światynie pełne złoceń na swoich podłogach, sufitach i ścianach. Niosły za sobą zapach pustyni. Oplecione na głowie warstwami materiału przenosiły gniazda, w które owinięte były czarne kokony włosów. Kiedy dźwięki bębnów zaczęły rozbrzmiewać, kobiety wybiegały kolejno boso na scenę i wymachując naprzemiennie rękami i nogami oddawały się największym radościom. Wyglądały na najlżejsze istoty na Ziemi, które w dżungli muzyki, z dala od ludzi znów stawały się niewinne, stawały się dziećmi. Ja też poczułam się bezkarnym dzieckiem gdy parę dni temu dostałam swoją niespodziankową paczkę od kochanych rodziców, którzy przysłali mi świąteczne kabanosy, szynkę, Jeżyki, czekoladowe zające, solony słonecznik i pistację, czyli wszystko, co łasuch agu uwielbia najbardziej! Życzę takiego uczucia w czasie Wesołych Świąt!
środa, 01 kwietnia 2009
po czyjej stronie prawda?
Przesunięcie czasu obeszło się bez krzyku. Czas egzaminów na uniwerytetach jest dla mnie dowodem na to, jak bardzo czuję się wolna (wybaczcie ci, którzy właśnie oderwaliście się od książek - też niebawem odetchniecie!) Zero zobowiązań wobec nauki. Tak czy inaczej nie odstępuję jej na krok - w jakiejkolwiek nie byłaby postaci. Szperam pośród różnych dziedzin sztuki. Oprócz praktykowania muzyki i chwilowego odrzucenia filmu świetnie odnajduję się w malarstwie. Inni zaś uczą mnie rewolucjonizmu dostrzegając we mnie cechy "małego rewolucjonisty", jak to zwykli mawiać tuż po, gdy kończę opowiadać jedną z moich burzących krew z żyłach historię. Pozwolę sobie zanurzyć się raz jeszcze w tej opowieści, by nie pozostawić nikogo obojętnym na ciekawsze fragmenty mojej niedalekiej przeszłości. "Agnieszka i fabryka czekolady" Francja, rok 2008. Okazał się być osią wielkich przeciwieństw, bowiem z jednej strony odnosiłam szczerze oklaskiwane sukcesy, z drugiej na drodze pojawiały się głębokie doły, które kopała pode mną kraina moich uprzednich marzeń - Madame la France. Na obrzeżach Strasbourga, w brzydkiej industrialnej zonie, zdarzyło mi się spędzić niespełna dwa tygodnie. Z tytułem magistra na papierze i bagietką w torbie o 6:15 łapałam autobus spod strasburskiego dworca, który znajdował się pięć minut rowerem (marki Peugeot) od mojego, położonego w centrum, mieszkania, udawałam się w godzinną podróż pojazdem silnikowym marki MERCEDES-BENZ w stronę "rzeźni". Po odbiciu karty pracy, wspiąwszy się na pierwsze piętro i otworzywszy ciężkie metalowe drzwi, zwykle dostawałam się do mojej szawki, w której czekały na mnie elegancie bieluśkie buciki typu "lekarz ordynator" i piękny, o co najmniej trzy rozmiary za duży bielusieńki jak tygodniowy śnieg fartuch. Po wysmarowaniu dłoni alkoholowym specyfikiem, o którym później zdarzało mi się słyszeć: "w fabrykach, gdzie pracują Polacy nie ma dezynfekcji, bo wszystko wypili, bo z alkoholem" zaczynałam swój przyjemny poranek. Założywszy czepek i schowawszy moje lśniące miodowe włosy, odurzana zwykle uderzającym zapachem czekolady w białej, brązowej i czarnej postaci wchodziłam na halę. TAPIS nr2 był moją wyrocznią. To tam znajdowała się lista imion mówiąca kto, gdzie i z kim pracuje. Jeśli zostawałeś na 2 - mało śmiesznie, jeśli szedłeś na 5 - życie jak w Madrycie! Tam był dopiero raj! Na 5 taśma, na której pakowało się czekoladki do pudełek przesuwała się powoli. Była to bowiem czekolada z najwyższej półki, czekolada dla bogaczy. Do naszych zadań należało obejrzenie takiej czekoladki z każdej strony i ocenienie czy nadaje się dla Sarkoziego i jego rodziny, czy też nie. Tak też stałam się grubszą o pare kilo, odpowiedzialną za żołądki wielu bogatych Francuzów. Co dwie godziny szliśmy na przerwę - przewietrzając płuca wraz z moimi koleżankami - rocznik 40 - dowiadywałam się nowości z porannej prasy. Gorzej jednak było na TAPIS 2, gdzie za taśmą nie nadążały często nasze zwinne wiewiórcze, pachnące czekoladą palce. Pewnego upiornego dnia, gdy za oknem szaruga, a na zegarku jeszcze kilometry sekund, w pocie czoła i - jak by nie było - słodyczy w ustach, nie wytrzymałam presji. Bowiem zarówno prędkość taśmy, jak i szef ekipy przeszły same siebie. Kiedy poprzedniczki nie nadąrzały z umieszczaniem czekoladek w miejscach na to przygotowanych, ja, starając się uzupełniać braki rzecz jasna, zostawiałam lukę w wyznaczonych dla mnie miejscach. Stara kwoka co uzupełniała po mnie, zaczęła gdakać, że brakuje i brakuje... Ja prawdę jej powiedziawszy, że taśma mknie zbyt szybko i że nikt nie nadąża, poczułam się usprawieliwiona, ale gdy po raz enty usłyszałam kolejne ponaglenia myśli i zmysły puściły wodze energii generującej sie od kilkunastu minut. Dłonie moje kilkakrotnie rytmicznie uderzyły w taśmę, a z głębin przepony wydobył sie okrzyk: "On est pas les robots! On avais le droit de minimum de comfort de travaille!" (tłum. z fr.: "Nie jesteśmy robotami! Mamy prawo do minimum komfortu pracy!"). I to był mój ostatni dzień w fabryce czekolady, fabryce łakoci, fabryce marzeń dzieciaków - tych biednych i bogatych. Przenosimy się spowrotem do Catanii, gdzie co niedzielę na Piazza Alberto można zgubić się na wielkim mercato z rzeczami używanymi. Już od samego ranka czatują na nim tubylcy i nietutejsi, którzy wystawiają swoje drogocenne buty z czasów młodości, przetarte na kolanie levisy z pierwszej produkcji, albo lustra pamietające oczy prababki. Mi niestety nie było dane nic zakupić, gdyż widząc aparat na ramieniu i słysząc mój środkowoeuropejski akcent, przekupcy nie chcieli odstąpić od zbyt wygórowanej ceny i oburzali się na słowa "za drogo". Pięknym momentem spaceru między historią była muzyka, która dobiegła z oddali moje prawe ucho najpierw, przy następnym kroku i lewe ucho doznało zaszczytu. Gramofon. Bajeczy niebieski, niczym muszla z karaibskich przestworzy oceanu. Większość przechodziła raczej obojętnie. Ja przyłapałam starszego Pana, właściciela magicznego urządzenia na zmienianiu płyty. Gust mężczyzny był równoznaczny z chwytem marketingowym albo tym, co zawierały pudełka z płytami. Tym razem dało się usłyszeć boginię piosenki sycylijskiej - wielką Rosę Balistreri. Jej głos i charyzma jest prawie tak wielka jak atuty mojej Piaf. Ów odległą podróż przerwał mi mężczyzna, który zapytał "I co, znalazłaś?". Trzymając w ręku aparat, którym właśnie skończyłam robić zdjęcie, pomyślałam, że chodzi mu o sprzęt, nieco oburzona zapytałam: "Co znalazłam?!", on na to "Rower!". Poczułam się nieco idiotycznie, gdyż ów mężczyzna był przechodniem, którego przed godziną pytałam jak trafić na mercato, na którym mogłabym kupić używany rower (taki był cel mojej wyprawy). Brak posiadania własnego pojazdu jest dla mnie kłopotliwy. Brakuje mi jak licho roweru, zatem zająć sie muszę jak najszybciej odnalezieniem tego jedynego, z przerzutkami, i jak się uda ze śmigłem i skrzydłami, który w mig uniósłby mnie do stóp Etny. Powietrze wilgotnieje i powoli pokazuje jak bardzo potrafi być uciążliwe. Wczoraj Dudu powiedział mi, że latem jest tu tak gorąco, że ptaki spadają z nieba. Piotr zaprzeczył, ale wizja spadających ptaków przyniosła piękny obraz, którego jednak nie potrafiłabym przenieść na płótno, zatem opisze krótko: białe mewy nad ciepło-żółtą pustynią, na różowym niebie spadają. Nie są smutne, nie są nawet martwe, jedynie kierunek ich lotu zmienił się. Lecą w dół ku nieskończoności, nie upadają. Nie widać bowiem dna pustyni. Pomimo tego, że obraz przedzielony jest na żółto-różowe pół, ptaki wpadają za część żółtą niczym za wersalkę. Mój obraz daleki jest od wyobraźni, jednak jego tworzenie sprawiło mi przyjemność: Właśnie, nie potrafię nawet uśmiercić ptaka swojej wyobraźni. W przeciągu kilku dni widziałam tu wiele martwych, leżących przy drzewach ptaków, obrośniętych garścią mrówek. Mam nadzieję, że Dudu wyolbrzymił, mam nadzieję, że prawda leży po stronie Piotra.
poniedziałek, 23 marca 2009
dove c'e Marcelo, c'e musica
Ostatnio mało czasu na przemyślenia, na zaglądanie w przestrzeń siebie. Dosyć dużo się dzieje, ale to nie to. Przyszedł czas, by wszystko to, co fascynowało mnie przez ostatnie dwa miesiące, uporządować i nadać temu imię. Zatem jestem dość zagubiona. Wczorajsze zwiedzanie Taorminy zapłakał deszcz i w przemoczonych butach nie zaszłam daleko. Wróciwszy do wiosennej zmarznietej Katanii przyczyniłam sie do nagrania płyty z muzyką capoira. Marcelo - tutejszy wieszcz tego rodzaju sztuki - wyjechał tego ranka na Sri Lankę by tam, przez najbliższe dwa miesiące nauczać i zapoznawać tubylców z capoirą. Do tego wszystkiego potrzebował zebrać trochę materiałów. Poza ciekawymi filmami i dobrze opracowanymi prezentacjami zabrał owo CD. Część mnie zatem pojechała na Sri Lankę. Znowu muzyka! :-) Petroniusz, mój Katański Anioł Stróż, osoba, która towarzyszy mi w naniebnych niebanalnych spacerach polecił mi książkę Tiziana Terzaniego - przyjaciela Kapuścińskiego, człowieka, który wiele podróżował i który podzielił się swoimi doświadczeniami i przemyśleniami w kilku publikacjach. Moja wersja jest w języku włoskim, zatem czytanie idzie mi bardzo powolutku, ale liczę na to, że ten człowiek pomoże mi znów skakać. W sobotę, tuż po tym jak wysprzątałam w kurniku, mieszałam cement. Dwie godziny mieszania przyniosły już trzy dni umierania. Plecy odmówiły posłuszeństwa, a ja odmówiłam sobotniego teatru. Manifestacja w ramach walki o prawa włoskich illegalnych imigrantów. W piątek rozdaliśmy ulotki dotyczące sobotniej walki, a w sobote, w ramach manifestacji, odbył się teatr, w którym nie uczestniczyłam :( Za niedługą chwilkę pędze na zajęcia teatrane. Równa się to z oczekiwaniem i czterdziestomapięcioma minutami w autobusie. Jedziemy z Terzanim, zatem przyjemniej. Teraz zajadam jogurt by zaspokoic mały głód, bo należy wiedzieć, że jem stanowczo za dużo tutaj. Być może dlatego, że takiej pizzy jak w Italii nigdzie się nie znajdzie, a o kawie nie wspomnę, a może czasami trudno jest mi się przestawić na tutejszy tryb jedzienia - śniadanie: kawa z ciastkiem, obiad o 13 i drugi obiad o 22. W każdym razie należy zaplanować kontrolę nad sobą i ograniczać przyjemności, czego nie lubię robić. Poza tym moja współlokatorka coś kombinuje - chyba próbuje przejąć kontrole nad statkiem, bo milczy i spogląda podejrzanie. Przeczuwam, że jest w spisku z mafią, ale nie planuję się ukrywać. Również zagryzłam język i uciekam bawić się w teatrzyk, a ona niech sobie siedzi i się starzeje!
piątek, 13 marca 2009
musica
Tutaj. Z minuty na minutę mój świat ulega zmianom. Niby taki wolontariat, można by zapaść się pod ziemię, kiedy ręce niszczy przerzucanie drewna i żar rozpalanego pieca. Stają się jednak silniejsze. Wynagradzam im udrękę codziennymi ćwiczeniami. Palce przemierzają daleką drogę, kiedy suną po gryfie niczym barka na otwartym morzu. W Mieście Dźwięku pozwalam sobie zapomnieć o niedociągnięciach, a w ciągłym biegu mimo wszystko mam czas na przemyślenia. To nowe. Jestem zadowolona. Być może nawet szczęśliwa. Tak się dzieje zawsze, kiedy w pobliżu jest muzyka.Tutaj jest wszędzie i ciągle. Przede wszystkim nowe dźwięki, które inspirują. Na razie tylko ćwiczenia, pozostaje przyjemny wysiłek, którego trzymać się muszę, by nie zboczyć z tej muzycznej ścieżki. Wszędzie muzyka. Wyłapuję poszczególne rytmy, słowa, szelesty. Zapamiętuję z nich jeden procent. Jeden procent więcej a niżeli miałoby go nie być. Inna z moich pasji, chyba ta mniej ważna, zagląda rzadko. Bowiem z nowości kinowych wiem dziś niewiele. Ale nie martwi mnie to. Czas mój zajęty jest całkowicie, a pomysłów mi nie brakuje.
Wczoraj mój pierwszy koncert w Catanii, wystąpiłam z grupą Valkirje. Od przyszłego tygodnia wchodzę ze swoim repertuarem. Na razie tylko ćwiczenia, ale już nie mogę się doczekać. Dwie gitary, skrzypce i kilka etnicznych instrumentów. Myślę, że pójdzie szybko i przy tym pięknie, i uroczyście dla duszy. Teraz tykanie zegara, któremu będę akompaniować.
poniedziałek, 09 marca 2009
Festa di Donna
Dopiero weszłam. Zaczynam jak zwykle o 15h przyniesieniem drewna, rozpaleniem pieca, otworzeniem okiennic. Obawiałam się, że autobus blefuje i nie zjawi się na czas, by przywlec swój ciężki silnik z centrum do Piazza di Chiesa Madre. Wczoraj był wspaniały dzień. 8 marca – Festa di Donna (Dzień Kobiet) jest tu obchodzony bardzo zgrabnie. Uliczne stragany pełne żółtych kwiatów mimozy, brzydkich i nie pachnących. Mi dostała się jedna wiązanka od bangladeskiego sprzedawcy. Spotkaliśmy się o 9h na placu koło Arci, gdzie, jak codziennie, ulice były pełne od krzyku nawołujących przekupców z mercato. O 9h właśnie mieliśmy wyruszyć na spotkanie ze śniegiem - jako że Etna też jest kobietą, wypadało ja odwiedzić. Długie oczekiwanie na grupę zdeklarowanych sprawiło, ze Marcello, który zawsze zabiera ze sobą birimbau, zaczął śpiewać i grać. Po minucie pełny skład (Francesco tamburyn, Abdullah bęben i ja klaskanie) wykonywał już pełne utwory. Ciula i Francesco II zaczęli tańczyć capoirę. Zatrzymujący się przechodnie nadali wydarzeniu efekt wielkiego widowiska i nie wiadomo czy zachwycali się, czy też brali nas za bandę bezdomnych – mieliśmy bowiem ze sobą pełne torby bagażu: jedzenie, ciuchy na przebranie w razie przemoczenia i instrumenty. Taka euforia trwała do 10.30, kiedy to zjawiła się Monia ze swoją machiną. Częśc osób udała się z nią, by po pięciu minutach podróży ponownie się zatrzymać i czekać na resztę (kolejne trzy auta). Ostatecznie wyruszyliśmy o 11, a dwie godziny poślizgu w nikim nie wywołały buntu. Wszystko dzięki muzyce! Jechaliśmy na spotkanie ze śniegiem. Zbliżając się ku szczytowi góry, napełniając nozdrza coraz chłodniejszym powietrzem i od słońca i bieli śniegu coraz bardziej mróżąc oczy, znaleźliśmy niezły parking. Wszyscy wskoczyli w robocze spodnie, mi dostały się spodnie Gurczana, który zabrał ze sobą trzy pary, a ja, powtarzając sobie, że jestem z Polski i nic mi nie grozi, wybrałam się w miniówce. Błąd. Przy otworzeniu drzwi oberwało mi się pierwszą kulkę. Rozpoczęła się poważna batalia. Strony i wrogowie zmieniali się w zależności od miejsca, w którym się znajdowali. Abdullah atakował Anę i Lukę, Luka atakował Alamiego, Monia, Francesco I i Francesco II atakowali wszystkich i siebie nawzajem, Marcello pstrykał zdjęcia. Najwięcej zabawy ze wszystkich miał jednak Ciula, który po raz pierwszy widział śnieg i miał okazję dotknąć go językiem. Po batalii udaliśmy się na górkę, by spocząć i spożyć. Każdy po kolei zaczął wyjmować swoje: Alami i Abdellah marokańskie przysmaki, Ciula i Gurczan indyjskie przyprawiane kurkumą, Ana i Luka przygotowali tartę, a ja pomarańczę :) Polały się też trunki: piwo, wino i whisky. Po rozgrzeweczce każdy zabrał swoją zjeżdżalnie i wspiąwszy się na najwyższe odśnieżone pięterko bawiliśmy się w nieletnich. Turlanki, spychanki, zaśnieżanie, odśnieżanie, torowanie i blokowanie. I tak trzy godziny w pełnym słońcu, w krótkim rękawie jednaliśmy się z Etną. Gdy padła decyzja, że wracamy, postanowiliśmy pozostawić coś po sobie – robimy bambola! (bałwana!) . Z każdym kolejnym dorzuconym fragmentem śniegu bałwan przybierał formę półpiersia kobiety. Wyrzeźbiliśmy zatem piersi ze zmrożonymi sutkami, piekną łabędzią szyję i głową w kształcie piłki do koszykówki – abstrakcyjnych pomyslów nam nie brakowało. I wtedy właśnie Ciula się zakochał. Nadał swojej ukochanej imię Antonella i pozując do zdjęcia smakował jej sutki koniuszkiem języka. Rozstania nadszedł czas, polały się łzy śmiechu i odjechaliśmy. W drodze powrotnej wstąpiliśmy do mojego ogrodu, bym z przemoczonej przeobraziła się w suchszą. Tu znów zaczęły rozbrzmiewać rytmy capoiry. Nie mogliśmy jednak rozbrzmiewać długo, gdyż w jednym z pokojów organizacji zasiadał jeden z jej członków i zapowiedział, że nie może ten rumor trwać długo. Zatem przebrałam się i zniknęliśmy. Muzyka jednak nie ucichła. Oczekiwanie na autobus trwało ładną godzinę, podczas której urządziliśmy sobie niewinny koncert na przystanku. Oczekujący bawili się razem z nami przytupując a to prawą, a to lewą nóżką; zdarzali się też śmialkowie, którzy podrygiwali kolankiem. Zabawa przeniosła się do autobusu nr 726, w którym Marcello, niesiony melodią autobusu wyśpiewywał brazylijskie pieśni. Wieczorem udaliśmy się na koncert Elisy, narzeczonej Marcella, grającej na gitarze elektrycznej w zespole Valkiryie. Zespół składa się z czterech kobiet: wokalistki, perkusistki, basistki i Elisy. Kiedy przyszła moja pora pobiegłam w stronę Piazza Borsa, z którego zwykle łapię ostatni autobus odjeżdżający o północy. Tym razem okazał się być szybszy ode mnie i uciekł spod nosa 10 minut przed czasem (Piotr, nie wspominałeś, że taka rzecz może mieć miejsce! ;-)). Zawróciłam zatem i dokończyłam udany koncert. Po przebudzeniu czekał na mnie kubek mięty i chlebek z nutellą, a przy stole Marcello i Elisa. Wyjęliśmy instrumenty i kontynuowaliśmy grę, a przez okno wpadało słońce i opalało nasze profile. O 14h złapałam autobus i oto jestem I już mnie nie ma! Ciao!
środa, 04 marca 2009
Kiedy Agnieszka stała się Francesca
Dlaczego tu jestem? Tym razem nietrudne pytanie. Trochę z definicji. Poprzedni rok spędziłam nad książkami i moja skóra wyblakla, a i wnętrze opuściły kolory. Oczywiście nie mogłam tego tak pozostawić! Odsunąwszy spod nosa książki zaczęłam poszukiwania. Propozycję podsunęła mi moja opiekunka wyjazdów wolontariackich - Agnieszka (cóż za piękne imię! :) ze wspaniałej poznańskiej organizacji "Jeden Świat", w której (jak co niektórzy wiedzą) udzielam się od dłuższego czasu. Poprzedni krótki projekt miał miejsce w minione wakacje w Belgii, gdzie słońcu nie często zdarza się zaglądać. Po francuskim i odrobinie hiszpańskiego przyszedł czas na kolejny język. Włochy to świątynia sztuki, dlatego nie pozostawiły mi wyboru. Decyzja zapadła. Projekt mój dotyczyć miał biednych dzieciaków z ulicy, z którymi miałam prowadzić różne zajęcia, by nie koniecznie musiały spędzać swoje dni bezczynnie. Po przyjeździe tu, już pierwszej nocy spacerując uliczkami San Giovanni Galermo (dla niektórych San Giovanni Palermo :) - czyli dzielnicy, w której mieszkam, ponoć nasączonej przestępczością, co trudno mi stwierdzić, bo nie spotkałam się jeszcze z odrobiną wulgarności tutaj (poza moim szefem, który jest nieznośną osobą), zostałam przyłapana przez samą siebie na tym, że zakochałam się. Przepiękna architektura, niecodzienna roślinność i pomarańczowe światlo ulic. Można oszaleć! Przy tym spokój przerywany od czasu do czasu przejeżdżającym skuterkiem. Tutejsi kochają to miasto i tą milość, i zaangażowanie od razu widać. Zabierając się do pracy okazało się, że projekt nie ma nic wspólnego z biedotą. Wszystkie dzieciaki, które docierają tu na lekcje baletu (prowadzone przez Rosalbę, byłą baletnicę), hip-hopu, zajęcia z angielskiego (z moją chrapiącą współlokatorką z Litwy - Agne), sobotnie zabawy z dziećmi, czy organizowane urodziny są płatne i to słono (jak na kieszeń Polaka..). Do moich zadań od miesiąca (wczoraj minął) należą prace porządkowe, czyli przynoszenie drewna na opał, rozpalanie pieca (tak tak, Sycylia to europejska Afryka - w dzień upały, a w nocy mrozek), ustawianie krzeseł, stołów, itp. Renesans sobotnich poranków to oprzątanie pięciu kurek i sadzenie roślinek w ogrodzie, co przynosi mi satysfakcję za każdym zniesionym jajkiem i kolejnym wypuszczonym pędem. Mój bunt w związku z zajęciami porządkowymi zaowocował niepiękną wojnę z szefem organizacji (tym, który jest ową nieznośną osobą), która trwa, i która przeradza się w walkę zbrojną, choć wolałabym capoirę... przynajmniej słychaćby było dźwięki muzyki!
Poza organizacją, w której się duszę, a w której pracuję zwykle od 15 do 19, jest jeszcze cała reszta, moje powietrze, mój wiatr, dzięki któremu rozwijam skrzydła nad Catanią. ARCI Catania, organizacja, o której powiedział mi poprzedni wolontariusz - Piotr, mój katański anioł stróż. ARCI skupia wokół siebie głównie nielegalnych imigrantów, zwykle z Senegalu, Maroka, Bangladeszu, Indii czy Chin. To tam spędzam możliwie wszystkie wieczory: w poniedzialki przewspaniale prowadzone zajęcia z teatru przez Marię-Giovannę, gdzie uczę się poznawać nie tylko innych, ale i siebię, otwierać jeszcze bardziej, łamać bariery i zrywać łancuchy. Buduję mosty i kładki. Wtorki i czwarti poświęcam zajęciom włoskiego z Claudią - najodpowiedniejszą na świecie nauczycielką. We środy przychodzi moja kolej na dzielenie się - wątłymi, ale jednak - umijętnościami języka angielskiego. Moi uczniowie to większośc uchodźców, ale też kilku legalnych mieszkańców Catanii. Jak na razie odbyłam pierwszą lekcję (Pepe powiedział, że bardzo dobrą, ja tak nie uważam), dziś druga - będzie Ben Harper i "Ain't no sunshine". W piątki całe dnie jestem w San Giovanni Galermo, gdzie wieczorami przygotowuję od nowa - drewno, piec, krzesła, stoły, talerzyki, serwetki, kubeczki, napoje dla osób, które przybywają tu na cineforum, na którym oglądamy ambitne psychologiczne filmy, z których jeszcze niewiele rozumiem. Sobota praca, wieczorem za to w ARCI gotujemy - kuchnia ze wszystkich stron świata, a kucharzami są zwykle faceci! :) Niebawem moja kolej na pichcenie, proszę zatem o przepisy smacznych i łatwych do przygotowania polskich tradycyjnych potraw, bo co jak co, może i bywam zdolna, ale kuchnia to wyzwanie, które zwykło mnie przerastać! 
Zostając przy jedzeniu... warzywka i owoce tutaj są wyśmienite! do tego tanie! Pomidor smakuje tak jak powinien, przy tym pachnie i jest niesamowicie smaczny, a na kradziejkę nie chodzę już na jabłka a pomarańcze, mandarynki i cytrynki! Poza tym poznałam tu jeszcze kilka innych warzyw i owoców, jakie nie docieraja do Polski. Na przykład kwiaty kaktusa, bardzo smaczne! Wszędzie pełno bakłażanów za grosze, z których przyrządzam różne potrawy. Poza tym czymś wyśmienitym na Sycylii jest Tavolo Caldo, czyli "Ciepły stół". To małe sklepiki (typu Doner Kebab) gdzie można usiąść i zjeść arancini! uuuuuuu! to jest to! kuleczka wielkości piąstki (większej niż moja) napełniona ryżem z różnymi dodatkami - do wyboru: mięso, szynka, szpinak, pomidor, obsypana bułką tartą i usmażona! Ponadto małe pizze i inne łakocie, które zrzucaja brzuch na kolana. Zwykle za 1E.  Tutejszym przysmakiem kuszą również uliczne stoiska, na których znaleźć można carne di cavallo czyli końszczyzne. Uwielbiją ja tutaj i jedzą jako hamburgery. Ja jeszcze się nie odważyam, ale powoli dojrzewam do tej decyzji. Kończywszy wspomnę o pogodzie, która dziś przyniosła pochmurność, ale zwykle jest laskawa i obdarza nas słonkiem. Krótki rękaw to na razie marzenie, gdyż wiatr z Etny przynosi zimność, ale, jak mawiają Sycylijczycy, na dniach ulegnie to zmianie. Następnym razem wpis przeplatany promieniami słońca!
Catania per sempre!
Chodników nie ma albo są – szerokości krawężników. Kiedy przejeżdża samochód najlepiej wcisnąć się w pobliską bramę i przeczekać, w przeciwnym wypadku zamiast Włocha, zaczepi cię lusterko. Kontrole w miejskich autobusach są również czymś niebywałym – gdy nie masz biletu, kontroler bierze od Ciebie 1 E (cena biletu) kupuje bilet od innego pasażera, kasuje i oddaje Tobie skasowany bilet z uśmiechem. Pare dni temu byłam świadkiem, a „przestępcą” wcale nie była długonoga niewiasta! Catania. Najcudowniejsze miasto w jakim dotychczas miałam możliwość mieszkać. Przyjmuje Cię z otwartymi ramionami, owija wiatrem niczym smyczą i już nigdy nie chcesz stąd uciec.
Niespotykani ludzie, którzy zaczepiają szukając rozmówcy. Kierowcy autobusów są mistrzami precyzyjności – nie miażdżąc żadnego samochodu potrafią pokonać dystans z samego San Giovanni Gallermo aż do Piaza Borse. Atmosfera Catanii nie byłaby tak piękna bez bałaganu jaki panuje na ulicach. Pierwsze to przychodnikowe śmieci, druga rzecz to samochody, których kierowcy zdają się być największymi szaleńcami, w ostateczności zdajesz sobie sprawę, że gdyby wszystko było w normie, być może i do jutra nie dojechaliby na miejsce. Trzecia rzecz, najważniejsza, to mercato (bazar) pełen energii i wesołych okrzyków (tak mówi Piotr, ja jeszcze nie wszystko rozumiem) prze-kupców. Sieć kolorów i zapachów: na wstępie rybki, obok przesmaczne pomarańcze, jeszcze wczoraj zerwane z drzewa, cytryny, jabłka, do tego warzywka – ile trzeba? kilo, dwa? Bardzo proszę! Do siateczki wrzucę! A napiłaby się Pani kawy? Dlaczego nie? Miłego popołudnia! Tak pięknie i wesoło i radośnie jest w Katanii. Mieście ożenionym z Etną, która trzyma nad nim parasol. Jej cień, pomimo słońca, czuje się nawet w nozdrzach. Błękitne budynki przybierają szare kolory, a czerwień przemienia się w bordo. To pastelowe miasto jest pełne charakteru.
|